fool in the rain
dodany 8 października 2010 przez cziko
To miało być łatwe. Ot, normalna rozmowa. Jak faceta z facetem. On potrzebuje mnie, ja jego pieniędzy… nie jestem jakimś alfonsem, żeby było jasne, po prostu szukam pracy. Takiej normalnej, ciężkiej pracy, która pozwoli mi każdego pierwszego zachlewać się jak wieprz, która pozwoli wrócić mi styranym z wypłatą w ręku (jeśli preferują przelewy na konto, nie ma problemu, od razu wypłacam całość) i dzięki której każdego pierwszego zacytuję sobie Walta Whitmana:
O kapitanie, mój kapitanie, nasza straszliwa podróż skończona,
Oto nagroda przez nas zdobyta, statek przeszkody wszystkie pokonał.
Po czym nalewam w gardło setkę tudzież zawartość zgrabnej niczym miss Pruszkowa puszki piwa.
To miało być łatwe. Praca jako ochroniarz w Muzeum Zegarów Wieżowych w Gdańsku. Kiedyś nawet miałem ambicje zostać historykiem, ale nie wyszło. W sumie dużo rzeczy mi nie wyszło. Nie, Budka Suflera to nie jest mój ulubiony zespół, żeby było kurwa jasne – choć lat mam tyle co stary Cugowski. Led Zeppelinów, owszem, posłucham, ale jak słyszę „Znowu w życiu mi nie wyszło” to myślę iż to Ironia we własnej osobie w swym olśniewającym blasku objawiła się Krzysiowi C. i kazała napisać największy gniot polskiej muzyki rozrywkowej. Numer jeden w rankingu na najpopularniejsza piosenkę weselną.
Oprócz kariery historyka marzyła mi się również kariera artysty. Ot, coś tam nabazgrałem na płótnie, jakiś nawet wiersz popełniłem niejeden. Ale żona wyrzuciła jak mój tomik znalazła, z wymownym wierszem, pięknie wprowadzającym w świat podmiotu lirycznego, o być może nie do końca przemyślanym tytule „No i chuj ty stara ruro”.
No więc tedy szedłem na rozmowę z Panem Dyrektorem. Z pewną dozą pewności siebie i jeszcze większą dozą alkoholu we krwi. Praca wydawała się łatwa – siedzę w kanciapie i zerkam to na jedną to na drugą kamerkę, pijąc Żółąd de luks. Pan Dyrektor znalazł dla mnie czas o 18, umówieni byliśmy przed ratuszem. Był późny listopad więc ciemno. Padało. Idę i widzę jakiegoś typa. Pan Dyrektor – spojrzał się na mnie i uśmiechnął. No się tak przyjemnie miło zrobiło że aż przypomniałem sobie „Strangers in the night” Sinatry
Something in your eyes was so inviting
Something in you smile was so exciting
Something in my heart told me I must have you
Uścisnęliśmy sobie dłonie, Dyrektor spojrzał na mnie i od razu uśmiech mu zszedł. Wciągnął trochę powietrza nosem i zapytał: „Pan raczył pić?”. Trzy razy musiałem powtórzyć sobie to pytanie w mojej bani zanim zrozumiałem że pyta mnie o to czy chlałem. No chlałem… i jakoś mimowolnie „Something stupid” Sinatry na myśl przyszło.
- ależ skąd Panie Dyrektorze. („Liar, Liar”, The Castaways)
- to dobrze. czy wie Pan po co się spotkaliśmy?
„ależ skąd Panie Dyrektorze” – pomyślałem, jednak miałem na tyle zdrowego rozsądku by odpowiedzieć:
- ależ jak najbardziej. Przyszedłem z Panem porozmawiać w sprawie oferty pracy.
- świetnie. Zanim zaczniemy rozmawiać – chciałem zwrócić uwagę na to że nie akceptuję picia alkoholu w pracy. Nie wnikam czy pan teraz pił, czy nie, pana sprawa, ale w pracy jest absolutny zakaz. Media podchwycą i moja głowa wyląduje u Adamowicza. Czy to jasne?
W głowie „Dream, baby” Roya Orbisona. Ha, pewnie że będę chlał.
- jak najbardziej jasne. Zero picia. – grzeczność polityczna wciąż we mnie była silna.
- może mi pan opisać historię rozwoju zegarmistrzostwa w okresie zaborów? chcę poznać Pana kompetencje.
Nie wiem co miało wspólnego poczucie humoru z moją potencjalną fuchą, bo jak widać Dyrektor, zadając to pytanie, dawał mi dyskretne znaki iż wielbi absurdalny humor Monthy Python’a.
- Tak! Czas zaborów! Joe Leblanc został zegarmistrzem wagi ciężkiej federacji „HW”, czyli Hand Watches w 1817! To było sławetne zwycięstwo! – wypaliłem
- Przepraszam… chyba oczekiwałem mniej odrealnionej odpowiedzi – uśmiechnął się
Hmm.. jeśli to nie był Monthy Python, to może on oczekiwał bardziej Woody’ego Allena?
- Szczerze? Zegarmistrzostwo rozwala mnie emocjonalnie. Mój psychoanalityk to swoisty zegarmistrz – za 15 minut rozmowy liczy jak za godzinę. Sekundy liczy z niemiecką precyzją. A do tego jest zaborczy.
„Ha, ha” – pomyślałem.
„Ha, ha” – mógłby pomyśleć Dyrektor, ale zamiast tego powiedział:
- nie wiem jak pan, ale ja jestem jak najbardziej poważny. I Pana stanowisko wymaga powagi. Czy pan wie cokolwiek na temat zegarmistrzostwa? Czy Pan w ogóle wie o jakie stanowisko i w jakim miejscu się ubiega?
Czy on ma mnie za głupka?
- Czy Pan mnie ma za głupka? – powtórzyłem myśl – „tsss, chyba za ostro” – pomyślałem
- Proszę się nie denerwować. Sprawdzam tylko pańską wiedzę. To dość odpowiedzialne stanowisko.
„I want to talk about you” Coltrane’a mu się zachciało. Po moim trupie. Co, że ja niby w kamerkę nie umiem patrzeć? Że ja upośledzony? Specjalnie chciał mnie poniżyć! Skurwiel! Pasożytnicza świnia!
- a wal się ty stary chamie! – odpaliłem i w błyskawicznym tempie ulotniłem się z miejsca zdarzenia. A idąc szybkim tempem znowu poczułem „On the road again”.
Tydzień później dowiedziałem się że chodziło o stanowisko kuratora muzeum, a znajomy siedzący w kulturze, dla absurdalnego żartu, wystawił moją kandydaturę wraz z fałszywymi referencjami. Mnie, starego pijaka.
„Ha, ha” – pomyślałem.
„Ha, ha” – pomyśleli Led Zeppelin i zagrali mi „Fool In The Rain”
Dodane w song-for-today | Brak komentarzy »
